Najpierw zawieszam oko na pierścieniu. Raz, bo pierścień sążny, dwa, bo wypełniający go czarny kamień wyraźnie odcina się od bieli przewracanych kartek. Potem zauważam, że pierścień ma rodzinę. Naszyjnik, który odcina się od bieli bluzki i kolczyki, które już się tak nie odcinają, bo ucho jest różowe. Ucho, bluzka i cała biżuteria należą do pani notariusz, która odczytuje właśnie na głos treść umowy. A w niej czarno na białym stoi, że umawiamy się na kupno mieszkania.

Szukaliśmy go rok. Nieomal co do dnia. 10 kwietnia 2016 zamiast maszerować i skandować, że pamiętamy, że bić Moskala, a w ogóle to gdzie jest krzyż, siedzieliśmy w domu i dowiadywaliśmy się, że będziemy rodzicami. A skoro powiększa się rodzina, to i mieszkanie powinno. Bo teraz mamy 32m2 ino, 2 koty aż i część dobytku poupychaną gdzieś po rodzinie. A wiadomo, że choć nowy Lokator maciupki, to bambotli potrzebuje trochę.

Koncepcje na to, w czym zamieszkamy, zmieniały się jak szkiełka w kalejdoskopie. Najpierw doszliśmy do wniosku, że mieszkanie to jednak nie, bo nam się marzy domek. Ale taki nieduży, z ogródkiem, najlepiej w bryle kostki, no i na Grabiszynku albo na Karłowicach. Żadne tam podwrocławskie tereny i deweloperki. Równie szybko niestety przekonaliśmy się, że choć domek mały, to kosztuje dużo. Za dużo. I zaczął się rollercoaster pomysłów: To może w innej dzielnicy. No ale w innych dzielnicach jest tak se. To może nie cały domek, a mieszkanie willowe. No ale bez sensu kupować mieszkanie bez zejścia do ogródka. To może mieszkanie, ale z tarasem. No ale takie są tylko w bezdusznych deweloperkach. To może po prostu większe mieszkanie. No ale nic nam się nie podoba.

Wszędzie było jakieś ale: a to rozkład nie taki, a to brak windy, a to kuchnia kaprawa, a to za głośno i do zieleni daleko. Wybrzydzaliśmy? No jasne. Ale w końcu o przestrzeń do życia chodziło, o miejsce, do którego mamy wracać dniem ciężkim wysmagani, przed marszami i skandowaniami się chować i równowagi nabierać. Gdzie mamy dzień kolejny zaczynać, kawę w oknie pić swobodnie, a nie patrząc na sąsiada, co też właśnie kawę szykuje, a że budynek jego stoi za blisko, to widzimy, że będzie to rozpuszczalna z dwiema kostkami w kubku z tygryskiem.

Szukaliśmy, ogłoszenia wertowaliśmy, nawet swoje, że mieszkanie zamienimy, rozwieszaliśmy. Czasem jeździliśmy coś oglądać i tylko niżej głowy spuszczaliśmy.

No i miesiąc temu, kiedy już naprawdę miny mieliśmy nietęgie – bum. To znaczy najpierw takie nieufne – bo ogłoszenie super, ale pewnie już nieaktualne, a jeśli aktualne, to pewnie coś będzie nie tak, a jeśli będzie wszystko tak, to to jest wielka płyta, a przecież takiej nie chcieliśmy. No ale to może jednak zobaczmy. No dobrze, to jedźmy.

Pojechaliśmy, a nieufne bum spadło na łeb na szyję. Po raz pierwszy od roku weszłam do mieszkania, w którym po prostu zagrało. Gdzie popłynęła mi wyobraźnia, a nie tylko racjonalizujące “może tu nie jest tak źle, jak mi się wydaje, może to da się z czasem przebudować.” Nie. Urzekła mnie jasna kuchnia, jadalnia, co będzie sercem domu i kwadratowy przedpokój. Urzekł mnie widok, bo pijąc kawę, będę patrzeć na zielone Karłowice, na kościół Franciszkanów, w którym już trzy razy w białej sukience występowałam (nie, nie tej samej, chodzi o to, że tam rodzice mnie do chrztu zanieśli, potem sama do pierwszej komunii poszłam, a potem z Maciejem do ślubu jeszcze) i na wille stare. Urzekł mnie też (acz po chwili głębszej refleksji dopiero) widok z drugiej strony, bo zanim tę kawę wypiję, to podejdę do okna w sypialni i precyzyjnie wyrysowane grafitti upewni mnie, że dziś znów “Ponad Śląskiem tylko niebo”. No bo jakby nie było – do bloku z lat siedemdziesiątych na dziewiąte wędrujemy.

I jako że blokowości się profilaktycznie baliśmy, w ramach oswojenia zrobiliśmy research środowiskowy. Jak się okazało, taki, hmm, intensywny dość.

Licząc od dnia pierwszej wizyty w mieszkaniu, przez kolejne cztery przyjeżdżaliśmy tam konsekwentnie, acz o różnych porach. Piątek rano – ja z Lilką na dzienną wizję lokalną, poczuć klimat oraz zbadać dystans do i zaopatrzenie najbliższego warzywniaka, piątek wieczorem – Maciej, żeby zbadać życie nocne bloku i określić poziom hałasu, sobota – wspólnie, żeby zobaczyć stan budynku po ewentualnych libacjach i zbadać fragment okolicy, do którego nie dotarłam w piątek, niedziela – znów razem, żeby spojrzeć w oczy sąsiadom i pod płaszczykiem niewinnego “Dzień dobry, jak się mieszka?” wykryć, jak wygląda tkanka społeczna bloku, poniedziałek – jeszcze raz obejrzeć mieszkanie.

Wyniki: przeprowadziliśmy wywiady z trzema lokatorami, od których dowiedzieliśmy się między innymi, że w mieszkaniach jest cicho, na dziesiątym mieszka Zbyszek, a o porządek na klatce pieczołowicie dba Anka. Wiemy też, do którego fryzjera warto pójść oraz gdzie i kiedy kupić najlepszą kiełbasę. Poznaliśmy Asię z siódmego, która na naszą prośbę przeprowadziła jeszcze wywiad z mamą, zapukaliśmy do sąsiada nad nami, który nie do końca chciał z nami rozmawiać (chyba go zbudziliśmy), ale był miły i nie ma dzieci. Podejrzanych odgłosów na klatce nie zanotowaliśmy, raz zostaliśmy za to  przyłapani na szpiegowaniu przez obecnego właściciela mieszkania, z czego to się ucieszyliśmy i wprosiliśmy się na nadprogramowe oględziny.

Słowem – jeśli ktoś tam wzbudzał podejrzenia, to jedynie my i nasza lekko psychopatyczna nadgorliwość.

No i finał tej długiej historii rozgrywa się właśnie w kancelarii notarialnej, między czarną biżuterią, białymi kartkami i moim wzruszeniem. Łkam wewnętrznie od tych słów poważnych, że tacy a tacy się stawili, że my oświadczamy, a sprzedająca zapewnia, że się zobowiązujmy, że z małżonkiem “solidarnie” za mieszkanie zapłacimy. Ręka drży przy podpisie, bo wszystko nowe, wszystko na serio, wszystko jeszcze stresujące. Ale coś tam z tyłu głowy podpowiada, że wszystko też dobrze. Ahoj, Karłowice! Ahoj, Śląsk!

Reklamy