Poranny pomiar metrówką wykazał 62 cm. Czyli 8 do przodu.
W osłupienie wprawił mnie fakt, że jest już ZA DUŻA na niektóre bodziaki, a pajacyki zamiast wisieć smętnie na jej kończynach, dyskretnie, acz stanowczo opinają pulpetowaty brzuch. I że w związku z tym musimy zmienić garderobę. I pieluszki, bo new borny to już pieśń przeszłości. Bo moja córka już nie jest new bornem. Jest dwumiesięcznym pulpetem w wersji active.

Ma policzki pyzate jak barokowy cherubin. Duże oczy i śmieszne uszy, które chyba są odstające. Może się to przykryje włosami, choć do dziś nic nie wskazuje, aby miała się ich kiedykolwiek dorobić.

Póki co jest więc bezzębnym łysolem bez brwi, ale z długimi rzęsami. Takie skrzyżowanie dzidziusiowej słodyczy ze starcem.

Wciąż nie wiemy, do kogo jest podobna. Według mnie, ze względu na zakola, poliki i łysinę, najbardziej to do Łukasza Orbitowskiego.

Mówi i to mówi dużo. Co rano po przebudzeniu upaja się własnym głosem i opowiada żarty i facecje. Zaśmiewa się i winszuje sobie celnych point. Oddaje się też nowemu hobby – obserwacji własnych dłoni połączonej z lekkim niedowierzaniem, że są tam każdego dnia. I jest podczas tych obserwacji nie tylko łysa i bezzębna, ale też zezowata. Moja najpiękniejsza.

Są dni pełne uśmiechów, woli współpracy i nienagannych manier, ale po nich przychodzą te z gatunku “Nic nie rozumiecie! Przecież mówię, że TEGO nie chcę!”. Potrafi urządzić scenę w 3 sekundy, rozkręcać się przez następne 10 minut i kontynuować z przerwą na spanie i jedzenie. A następnego dnia obudzić się promyczkiem. No żesz.

Od pierwszego dnia życia wie, że noc jest od spania i odpływa bez problemu, kompletnie nie trafia do niej jednak koncept drzemek dziennych (to po mamusi). Na dłużej potrafi zasnąć jedynie w chuście i wtedy matka może zająć się na przykład przygotowaniem jedzenia. Jedzenie z zachustowanym dzieckiem kończy się jednak tym, że na dziecko czasem skapnie. Bywa więc Lila panierowaną okruszkami albo okraszaną kaszą gryczaną, albo o czole zagadkowo pachnącym awokado. Moja smakowita.

Klnę na smog, ale chodzimy na spacery. Wierzę, że park coś tam jednak filtruje. Lila bardziej niż na smog klnie na wózek. Nie cierpi w nim zasypiać, co obwieszcza rykiem przez pierwsze 10 minut przechadzki (lub ostatnie, jeśli przechadzka trwa zbyt długo). Daje się przekupić jedynie wrzuconym jak granat do wózka telefonem z szumiącą aplikacją. Minusy: na czas spaceru jestem pozbawiona telefonu, plusy: dziecko zasypia, a ja nie muszę znosić pobłażliwo-zgorszonych spojrzeń innych parkowych matek, których dzieci śpią jak aniołki.

Podczas spacerów padłam już ofiarą nie tylko spojrzeń, ale i “dobrych rad”. Bo oczywiscie w temacie opieki nad dzieckiem każdy ma coś do powiedzenia, a szczególnie dużo osoby, które na oko ostatni kontakt z dzieckiem miały jakieś 50 lat temu.

Z grubsza dobre rady można upakować w trzy kategorie:

  1. “Mówię do Ciebie, ale jesteś tak złą matką, że nawet na Ciebie nie spojrzę i wycedzę to w przestrzeń”

Exemplum: Przed przychodnią wysiadamy z samochodu, dziecko w foteliku, do przejścia mamy 5 metrów. Dziecko ubrane, ale, o zgrozo, wystaje mu twarz. Mężczyzna stojący przy drzwiach, przez zęby, nie patrząc: “Błagam Was, przykryjcie to dziecko, powietrze jest… zimne.” Oh really?

2. “Powiem Ci wprost, niemal wręcz wejdę na Ciebie, żeby było dobitniej i żebyś, ciemmogrodzie macierzyński, prawdę pojęła.”

Exemplum: Wchodzę do piekarni, przede mną tylko jedna osoba, więc do kupy spędzę tu 30 sekund. Przy stoliku dwie niewiasty w wieku senioralnym pałaszują sernik. Na mój widok jedna już się zrywa i już szarpie za rękaw: “Odkryj to dziecko. Przykrywacie, one się pocą i potem umierają.” Szlag mnie trafia, ale nie chcę być niemiła, a tylko chwycić mój chleb i wyjść. Mamroczę więc, że no no, miejmy nadzieję, że nie będzie tak źle. Sernikowa nie ustępuje i dźga mnie palcem: “Widziałam to w telewizji!”

3. “Z Tobą nawet nie będę gadać, tylko z Twoim dzieckiem zabiedzonym, to może Cię sumienie ruszy.”

Exemplum: Dziecko w chuście, spokojnie kontempluje sobie świat przed zaśnięciem, czekamy na zielone. Nagle coś mi szczebiocze fałszywie na wysokości korpusu i już widzę jakąś głowę obcą nad moim dzieckiem pochyloną: “A tititi, co Ty kruszynko taka ściśnięta? Pewnie Ci niewygodnie i dlatego nie śpisz na spacerku? A powiedz mamusi, żeby Cię do wózeczka następnym razem wzięła, bo ja chcę spać, mamusiu, powiedz.” I już głowa obca odchodzi zadowolona – do mnie ani słowa i ani spojrzenia jednego. Mission complete.

O reszcie przypadków z serii “Z takim maleństwem na taki mróz??” (przy +5 na dworze) nawet nie będę się rozpisywać. I doszłam do tego, że nawet mniej mnie obchodzą te wszystkie zabobony, bo to nie ja muszę żyć z przekonaniem, że powietrze zabija. Ale dogłębnie zadziwia mnie bezpardonowość tych komentarzy. Żadnego “dzień dobry”, żadnego “Czy nie myśli Pani że…” albo “Jeśli mogę coś zasugerować…” nic – od razu chlast w twarz, na ty, czy chcesz czy nie. A czy ja komuś wsadzam nos w talerz i szczebioczę, żeby serniczka nie pożerał, bo, ho ho, widać, że chyba w życiu już się za dużo zjadło?

Pocieszam się, że idzie wiosna i jakoś ludziom zejdzie ciśnienie. A jeśli nie, będę ich szczuć Lilą wózkową w wersji bez szumu. Przy tym natężeniu dźwięku żadna rada nie dojdzie do mych uszu.

Advertisements