[24 dni do] Sobota wieczór. Ubieram kurtkę, wzuwam but i ściągam z psiego wieszaka kluczyki do auta. Cele wyjazdu są dwa: podrzucić Monikę do domu, a potem dołączyć do Macieja i znajomych, korzystających z uroków weekendowego wieczoru.

Iskra, zapłon, cyk, jedziemy. Na ulicach ruch znikomy, więc w zasadzie płyniemy. Do Moniki rzut beretem, ale cieszę się już na dalszą jazdę, bo do przejechania całe miasto. A po intensywnym dniu nocna jazda odpręża lepiej niż SPA na Wzgórzach Dylewskich Ireny Eris.

W radiu super, bo lecą stare przeboje Kasi Kowalskiej. Daję więc głośniej i śpiewam z Kaśką, że sorry, ale serio “może nie chcę w taki sposób żyć, nie chcę być twoim grzechem, który wolisz z siebie zmyć”. Przeżywam, tnę lewym pasem i zbliżam się do skrzyżowania Powstańców z Wielką. Aż nagle czuję, że coś mi auto zwalnia. Zły bieg? Nie no, ok. Dodaję gazu, a toczę się coraz wolniej. Kaśka na to empatycznie, że “dokładnie tak, tak smakuje ten lęk i strach (…)”. Ewidentnie coś się dzieje źle, przezornie zmieniam zatem pas, żeby znaleźć się bliżej prawego pobocza. Niestety, kiedy jestem na środkowym pasie, auto wzdycha, kula się jeszcze pół metra, miga wszystkiemi kontrolkami i gaśnie. Jestem w ósmym miesiącu ciąży i na środku skrzyżowania. Stoję.

Mhm… Silnik nie odpala, włączam awaryjne, ale i tak zostaję obtrąbiona. Jeszcze nie wiem, co mam robić, więc otwieram drzwi, chyba żeby wysiąść. Na szczęście podbiega jakiś chłopak i spycha mnie (tzn. auto ze mną) na pobocze.

– Włącz silnik.

Włączam.

– O k!@#a. Wyłącz, wyłącz i nie włączaj! No i wezwij kogoś, bo ja to mam tramwaj.

Mhm… Dzwonię do Maćka, z najwyższym spokojem opisuję zdarzenie. Zaraz przyjedzie, póki co więc oddycham przeponą i gapię się na swoje auto. Stoi sobie jak krowa na ścieżce rowerowej, miga awaryjnymi całkiem wesoło, ale mi wcale nie jest do śmiechu. Na  samochodowych bebechach znam się jak na kwanatch i kwarkach, ale coś mi podpowiada, że to nie jest zwykła usterka i że auto chyba umarło. I myślę tak nie przez Kaśkę i nostalgię, tylko kiedy ono tak cichło i zwalniało, to miałam wrażenie, że to nie tylko silnik gaśnie, ale i organizm cały. I że tak właśnie kończy się podróż nasza ostatnia i że na tym środku skrzyżowania to już żegnać nam się przyszło. I już mam się spłakać od tych myśli posępnych, ale patrzę, że Maciek właśnie zajeżdża ze znajomymi, parkują też na ścieżce i już się zabierają za oględziny i wypytywanie. Więc jeszcze raz opisuję, że jechałam, że problemów nie było, że zaczął zwalniać i że wybuchu żadnego, ale stanęliśmy. O Kaśce też chcę powiedzieć, ale tu już maska jest otwierana, bagnet olejowy wyciągany i trudne słowa o zerwanym pasku rozrządu rzucane.

Nie ma rady, trzeba się zholować. Jeszcze tylko poświęcimy pół godziny na próbę pomocy dziewoi z przystanku, która torebkę w tramwaju zostawiła, do dyżurnego ruchu chce się dodzwonić, ale nie ma telefonu, zdenerwowana cała jest, bo jeszcze dziś ma się usłyszeć ze swoim chłopakiem, co w Stanch siedzi i czeka, żeby ona mu powiedziała, że wszystko ok, ale ona nie może mu tego powiedzieć, no bo ten telefon w torebce w tym tramwaju, co nie wiadomo, gdzie jest, do zajezdni by pojechała, ale jednak nie chce, bo już kiedyś tam była, dzięki czemu wie, że tam jest ciemno, a ciemności się boi. I w sumie może pójdzie do znajomego, bo wie, na jakiej ulicy mieszka, ale nie do końca, pod którym numerem, ale może będzie wołać i pukać, to jej otworzy. No oby.

Wieczór kończymy późno w nocy w naszym mieszkaniu, dopijając wino/herbatę i dojadając tartę po baby shower.
Następnego dnia jest niedziela, świeci piękne słońce, a nasz mechanik mówi, że auto umarło na śmierć. Nie ma. I kupcie sobie nowe.
Dzieci kopią liście w parku i jedzą watę cukrową. My mamy 4 tygodnie do porodu.

Od tego czasu minął tydzień. Tydzień, w którym zamiast na kocykach i oddechach, skupialiśmy się na poszukiwaniach auta, czytaniu ogłoszeń i kopaniu w opony samochodów w komisach. Jeszcze nie mamy, ale jesteśmy coraz bliżej. Jeszcze nie opanowałam perfekcyjnie języka motoryzacji, ale już wiem, że kiedy ktoś pisze w anonsie “Pali Jeździ Anglik”, to nie znaczy, że autem przemieszcza się właśnie jakiś uzależniony od nikotyny Brytyjczyk, ale że o aucie da się powiedzieć niewiele więcej niż to, że jest na chodzie i ma kierownicę z prawej strony…

No. To jak widać standardowo nudy u nas nie ma. W międzyczasie udało nam się jeszcze zwieźć do domu bambotle dla Farfocla w postaci łóżeczka, wózka, fotelika, niani, maty i kolejnej porcji ubranek (dzięki, Katarzyna:)). I to jest super, bo dzięki temu wiemy, że potrzebujemy kombiaka. Hyhy.

A od naszej ś.p. Meganki pamiętna Kaśka na pożegnanie – śpiewamy razem!

Reklamy